Translate

piątek, 27 czerwca 2014

Murder Buisness - Epilog.



Sześć miesięcy.

Pół roku.

Tyle czasu minęło odkąd go ostatni raz widziałam. Brakowało mi go, i to cholernie. Był moją cząstką życia, które wywrócił do góry nogami i nie chciałam by wróciło na swoje miejsce. Takie życie pasowało mi, lecz jemu… niestety nie.
Co mi po nim pozostało? Widok, gdy ostatni raz go widziałam stojącego w oknie, mówiącego mi nieme kocham Cię, które niemal śni mi się każdej nocy i odstający, ciążowy brzuch…

Tak byłam w ciąży z Harrym, prawdopodobnie zaszłam w nią w dzień, w który ostatni raz się widzieliśmy. Nic o niej nie wiedział, nie dzwonił, nie dawał znaku życia… Tak jak wszyscy chłopacy obiecali nam, nie wrócą do nas i twardo trzymali się tego postanowienia. A mi to łamało serce w drobne kawałki. Harry był brakującą częścią mojego życia i bardzo boleśnie odczuwałam jego brak. Co ja miałam powiedzieć swojej córce w przyszłości? Że jej ojciec nas zostawił, bo chciał mnie chronić?

I a propos… tak, miałam mieć córkę. Piękną córeczkę, za pewnie śmiertelnie podobną do Harrego. Dziewczyny pomagały mi przetrwać ciążę, ale wiadomo, że nic by mi nie pomogło, jak obecność Harrego w tak ważnym dla mnie okresie. Cóż… najwyraźniej bycie z nim nie było mi dane i miałam wychowywać swoją córkę samotnie.

***
Był kwiecień i bardzo ciepły dzień. Słońce przyjemnie ogrzewało moje odkryte ramiona i nogi. Noszenie sukienek miało jednak swoje zalety : mogłam odczuć te wszystkie zjawiska pogodowe na swojej bladej skórze i delikatnie ją opalić. Położyłam swoje dłonie na nabrzmiałym brzuchu, głaszcząc go delikatnie i uśmiechając się do niego z czułością.

- Piękny dziś dzień, prawda skarbie? – spytałam szeptem, na co poczułam delikatnie kopnięcie pod swoją dłonią. Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej i wtopiłam swój wzrok w nieskazitelne niebo nad sobą, marząc.

~ Perrie’s P.O.V ~

Patrzenie na taką szczęśliwą Dexie wywoływało u mnie uśmiech na twarzy. Trzymała się najlepiej z nas wszystkich i tak bardzo nie pokazywała, że boli ją rozłąka z Harrym. Mogłam bez trudu wczuć się w jej sytuację, tym bardziej, że była z nim w ciąży. Nosiła jego dziecko, a go… po prostu nie było. Tak samo jak mojego Zayn’a, którego widziałam na każdym kroku. Widziałam go w sklepie, widziałam go w facetach, którzy podrywali mnie na imprezach, widziałam go dosłownie wszędzie. Jak miałam od tak o nim zapomnieć po tak długoletnim związku z nim? Po tym wszystkim, które razem przeżyliśmy? To nie było takie proste, jak to tym palantom się wydawało.

- Jak sobie myślicie… znajdziemy kogoś? – zapytała nas Sophia, pijąc mrożoną herbatę. Byłyśmy całą trójką w kuchni, by zostawić samą Dexie w ogrodzie. Co jak co, ale chłopacy sprawili nam naprawdę piękny dom, ale na cholernym odludziu. Nie lubiłam mieszkać na przedmieściach, bo w nich nigdy nic się nie działo… Może właśnie o to im chodziło? W końcu… miałyśmy być bezpieczne. I tak było. Przez sześć miesięcy odkąd nas opuścili, nic się nie wydarzyło.
- Ja nie chcę nikogo innego, prócz Zayn’a – powiedziałam, siadając na kuchennym blacie i podciągając swoje kolana pod brodę. – Nigdy nie czułam się tak… samotnie. Gdy jego już nie ma… Czuję się obco.
- Ja tak samo – odparła z westchnięciem Eleanor. – Louis był wszystkim, co miałam… Zostawiłam wszystko : rodzinę, pracę, swoje życie wyłącznie dla niego. Mieliśmy wzloty i upadki, ale i tak go strasznie kochałam – zauważyłam w oczach swojej przyjaciółki łzy. – Zawsze przy mnie był, pocieszał i na krok nie opuszczał. Był mi przeznaczony… A co teraz? Zostałam z niczym! – wychlipała pod sam koniec i z jej kącików oczu wyleciały łzy, ciurkiem spadając na jej policzki.
- Masz nas, El – pocieszyła ją Soph, przytulając i głaszcząc po plecach. – Nie płacz, proszę Cię… To nic nie da… Żadnego z nich już nie ma, każda jest w tej samej sytuacji.
- Wiem… Ale tak mi go brakuje, Sophia… Tak go kocham! – wyszlochała w jej ramię moja przyjaciółka.
- Wiem, El, wiem… - szepnęła Soph.
Nienawidziłam patrzeć, jak dziewczyny płakały… Również byłam z nimi mocno związana fizycznie, jak i emocjonalnie i były dla mnie jak siostry.

Wtedy usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Spojrzałam zdziwiona na dziewczyny, bo nikt od sześciu miesięcy do nas nie przyjeżdżał… Zdezorientowana zeskoczyłam z blatu i na palcach podeszłam do drzwi. Z lekkim strachem położyłam dłoń na klamce i pociągnęłam ją w dół z wielką gulą w gardle.

Widok przede mną mnie oszołomił.

W drzwiach stała piątka chłopaków, tak samo przystojnych, jakich widziałam ich pół roku temu, a na czele stał mulat o czarnych włosach i zaroście.
- Mój Boże… - zadrżałam i niemal od razu rozpłakałam się na jego widok. – Zayn…
- Cześć piękna – mruknął z zabójczym uśmiechem. Nie mogąc się powstrzymać rzuciłam się w jego stronę i mocno przytuliłam.
- Tty… Jesteś tu.. – wydukałam z trudem, dotykając czubkami palców jego twarz. – Ty tu jesteś!
- Tak, jestem – zaśmiał się cicho. – Boże, jak ty mi wypiękniałaś…. Wyglądasz oszołamiająco, kochanie.
- Nie widziałeś mnie pół roku, kretynie, wiadomo, że się zmieniłam! Jesteście strasznie słabi w obietnicach! – zaśmialiśmy się razem, po czym ja go pocałowałam. Jego wargi nic, a nic się nie zmieniły… Tak samo pozostały one idealne i miękkie.
- Perrie, co się tu dzieje…? – z kuchni wyszła Sophia i Eleanor, zaniepokojone pewnie co się ze mną działo. Ich miny na widok chłopaków były bezbłędne. Dziewczyny pobiegły w stronę chłopaków i z płaczem wtuliły się w nich.
Jedyni bez pary zostali Niall i…
Harry. Szukał rozpaczliwie swoim wzrokiem Dexie, przygryzając swoją dolną wargę i nerwowo zaczesując loki do tyłu.
- Gdzie jest Dexie? – zapytał mnie smutnym tonem.
- W ogrodzie – odparłam z uśmiechem. – Idź do niej ogierze i pokaż jej się – Harry uśmiechnął się szelmowsko i poszedł na tyły domu, kierując się do drugiego wyjścia przez taras.

~ Harry’s P.O.V ~

Ja… Nie mogłem bez niej żyć. Ta rozłąka była dla mnie zbyt trudna do przetrwania… Zbyt mocno kochałem Dexie i nie budzenie się codziennie obok niej wpędzało mnie w depresję.

Tęskniłem za nią jak cholera.

Musiałem do niej wrócić. Obiecałem jej to.

Drogę, którą pokonywałem przez dom dziewczyn była najdłuższa, jaką w życiu pokonywałem. Z każdą sekundą co raz bardziej pragnąłem zobaczyć moją ukochaną. Chciałem zobaczyć czy jest cała i zdrowa… I przede wszystkim czy nadal kochała mnie po tym, co jej zrobiłem.

W końcu ją zobaczyłem. Leżała na trawie wśród kwiatów i bawiła się jednym z nich. Bardzo się zmieniła. Jej piękne włosy były teraz bardziej kręcone i brązowe, jej cera ściemniała odrobinę za pewne od ciągłego siedzenia na słońcu. Przede wszystkim zauważyłem coś, co mnie kompletnie zaskoczyło… Ona była w ciąży. Świadczył o tym jej duży i nabrzmiały brzuch, który był uwydatniony przez jej zwiewną sukienkę i go nadmiernie głaskała. Moje usta zmieniły kształt w duże „ o „ i od razu poczułem wyrzuty sumienia, że przy niej nie byłem przez tyle miesięcy i nie obserwowałem, jak dziecko w niej rośnie…

Niepewnie ruszyłem w jej stronę, obserwując jej każdy najmniejszy ruch. Dexie nadal bawiła się kwiatami i śmiała się przy tym cicho, co powodowało na mojej twarzy ponowny uśmiech. Była naprawdę urocza, a ciąża jej tylko sprzyjała. Nie widziałem jej tyle czasu… Tak mi jej brakowało…
W końcu od niechcenia dziewczyna poruszyła się i spojrzała w przypadkowo w stronę, z której szedłem do niej. Dexie otworzyła szerzej oczy i odruchowo chwyciła się za brzuch, jakby chciała go zasłonić. Resztę drogi do niej pokonałem śmielej i gdy stanąłem nad nią, wystawiłem rękę w jej stronę, oferując pomoc we wstaniu. Dziewczyna ujęła ją i z niedowierzaniem i ze łzami w oczach patrzyła na mnie.
- Harry… Wwróciłeś – szepnęła, mrugając swoimi powiekami, by odgonić łzy. – Ty… Jesteś tu… Jak?
- Nie mogłem bez Ciebie dłużej wytrzymać, księżniczko – odparłem miękko, głaszcząc dłońmi jej zaróżowione policzki. – Zbyt długo czekałem na to, aby po Ciebie wrócić… Zbyt długo zwlekałem z tą decyzją…
- Nawet nie wiesz, jak ja za Tobą tęskniłam… - Dexie wtuliła się we mnie jak małe dziecko i rozpłakała się kompletnie, a rękawy mojej bluzki chłonęły jej łzy. Nie lubiłem gdy płakała, ale w tym momencie nawet ja nie powstrzymałem łez, które nieuchronnie wydostały się spod moich powiek i jedna z nich spadła na włosy dziewczyny. Dexie to poczuła i spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem. – Harry Styles płacze?
- Nie, no coś ty… Tylko oczy mi się spociły i tyle – zaśmialiśmy się krótko, po czym już nic mnie nie obchodziło, tylko głęboko i dokładnie pocałowałem Dexie, pierwszy raz od sześciu miesięcy czując szczęście. Dexie pogłębiła pocałunek, wplątując swoje palce w moje włosy i przyciągnęła natarczywie moją twarz jeszcze bliżej swojej, a ja położyłem dłonie na jej tali, tuż nad ciążowym brzuszkiem. – Kocham Cię, Dexie… I nigdy już Cię nie opuszczę…
- Czekałam na te słowa sześć miesięcy – szepnęła z moje usta, muskając je jeszcze raz.
- Dexie… To będzie… moje dziecko? – zapytałem dziewczynę, dotykając rękoma delikatnie jej brzucha. Biły od niego przyjemne emocje.
- Tak… Będziesz miał małą córeczkę, Harry, tak jak chciałeś tego – Uśmiechnęła się radośnie, patrząc na swój brzuch. – Będziemy rodzicami, wyobrażasz to sobie?
- Będziemy idealnymi rodzicami – uśmiechnąłem się przez łzy i spojrzałem na moją ukochaną. – Mówiłem Ci, że czeka nas szczęśliwe zakończenie, skarbie.
- Nareszcie – odetchnęła z ulgą i ponownie pocałowała, łącząc nas w jedność, której już nie zamierzałem rozdzielać nawet na sekundę.

To, ten dzień, był naszym szczęśliwym zakończeniem.





*******************************
Więc, to już jest koniec! Jest wasz wymarzony happy end, o który tak prosiliście! Dziękuję wam, że byliście ze mną przez te całe opowiadanie, motywowaliście i jeszcze raz byliście :D Poprowadzę tu następne opowiadanie, tym razem o Niall'u, lecz to trochę później gdy rozkręcę City Of Death :D


Więc, do widzenia, jak na razie! :3



Hazza__69





środa, 25 czerwca 2014

Murder Buisness - 23. " Please, Don't Leave Me "



Następny dzień był bardzo pochmurny, w ogóle nie podobny do pogody jaka panowała w Las Vegas. Przez połowę ranka nie mogłam spać, gdyż ból rozsadzał moją głowę. Przeszło mi koło godziny dziesiątej, ale to nie było tak bardzo niepokojące jak fakt, że gdy się obudziłam, miejsce obok mnie w łóżku było puste. Zawsze Harry ze mną spał, oprócz tych dni, gdy go nienawidziłam, ale oprócz tego, zawsze, nie było takiego dnia, by nie spędził nocy u mojego boku.

Co było gorsze : dziewczyny również samotnie przespały tę noc. Martwiłam się i to nawet bardzo.

Koło południa spotkałyśmy ich na salonie, byli razem i to całkowicie przybici.

- Hej, coś się stało? – zapytałam jakby nigdy nic z lekkim uśmiechem. Jednak oni nie zareagowali zbyt wesoło, a to zbiło mnie z pantałyku. – Czemu jesteście tacy poważni? Wyglądacie tak, jakbyście szli na stypę.
- Musimy porozmawiać – rzekł poważnie Harry, wyjmując ręce z kieszeni.
- O czym? – zapytała stojąca za mną El.
- O tym, że musimy coś w naszym życiu zmienić. Nie możemy dalej ciągnąć tego, co jest teraz – odparł Louis, przyglądając się nam.
- O czym w mówicie? – tym razem spytałam ja, kompletnie zagubiona w ich dziwnych słowach.
- Popełniłem ogromny błąd… My wszyscy popełniliśmy zakochując się w każdej w was – powiedział Harry, patrząc na mnie smutnymi oczami, co łamało mi serce. – Podjęliśmy decyzję, której będziemy się twardo trzymać i nigdy już nie złamiemy. Chłopacy – po tych słowach Zayn, Liam i Louis wzięli swoje dziewczyny za rękę i poszli do swoich pokoi, Niall zniknął na górze, a ja zostałam sama z Harrym.
- Harry… - zaczęłam, lecz pokręcił głową.
- Pozwól, że ja będę mówił dobrze? – pokiwałam głową. Harry wziął głęboki wdech do swoich płuc, zamykając oczy, a gdy je otworzył, widziałam w nich łzy. Momentalnie również słony płyn znalazł się w moich oczach i próbował się wydostać na zewnątrz. Z trudem powstrzymałam je od tego pomysłu. – Nie wiem jak to zacząć, Dexie… To tak cholernie trudne do powiedzenia...
- Najlepiej szybko i sprawnie. Zawsze tak robisz – odparłam szeptem, wplątując palce w jego dłonie, a on zrobił to samo.
- To jest zupełnie inny przypadek… Tego nie da się zrobić szybko… - Harry zrobił krótko przerwę, by podnieść mój podbródek i nawiązać ze mną kontakt wzrokowy. – Kocham Cię, Dexie, ale to już chyba wiesz… - uśmiechnął się pod nosem. – Ale… To co się wydarzyło w ciągu ostatnich miesięcy… Nie powinno się wydarzyć. Moment,  w którym uratowałem Cię wtedy na ulicy… Moment, w którym pierwszy raz Cię uderzyłem, zgwałciłem… oraz poczułem coś do Ciebie… Strasznie tego żałuję… Ale jednocześnie coś mówiło mi, że będziesz mi potrzebna… Że muszę Cię mieć i nikt inny nie może… Ale widok, jak ktoś inny Cię rani z mojego powodu… Nie mogę dalej na to pozwolić, Dexie.
- Co masz na myśli? – spytałam go, łamiącym się głosem, choć już w głębi duszy, wiedziałam, na jakie słowa miałam się przygotować. Widziałam to również w jego oczach, które wszystko zdradzały. – Harry, nie… Nie rób tego! Nie możesz… Nie chcesz tego!
- Chcę i mogę to zrobić – powiedział cicho, pociągając nosem. – Posłuchaj mnie uważnie, dobrze? To jest prawdopodobnie nasze ostatnie spotkanie… Za chwilę Niall zawiezie was w jakieś miejsce, gdzie nikt was nie znajdzie. Po tym wszystkim, odjedzie, a wy nie macie prawa opuszczać tego miejsca…
- Harry… - zakwiliłam.
- Ciii… - chłopak cmoknął mnie delikatnie w usta. – Spróbujcie żyć tak jak kiedyś, dobrze? Spróbujcie o nas zapomnieć… żyć normalnie…
- Nie potrafię żyć bez Ciebie… Gdy Cię nie ma, od razu czuję się zagubiona.
- To przeminie, poradzicie sobie całą czwórką.
- Nie, nie poradzimy. Wy w ogóle myślicie o naszych uczuciach do was? – zapytałam go.
- Myślimy i dlatego podjęliśmy takie środki, a nie inne – powiedział spokojnie, głaszcząc mnie dłonią po policzku. – Musicie ułożyć sobie życie na nowo, bez nas.
- Nie… Nie… - powtarzałam, kręcąc głową. – To jest jakiś koszmar… Zaraz się z niego wybudzę, wiesz?
- Dexie, wiesz, że to nie tak… Dbamy o wasze bezpieczeństwo.
- I myślisz, że będzie nam bez was lepiej? Że nie będzie groziło nam żadne niebezpieczeństwo?
- Pozbyliśmy się go. Jest już po wszystkim.
- Jeśli jest już po wszystkim, powinien być happy end! Zrozumcie, że bez któregokolwiek z was nie poradzimy sobie.
- Poradzicie, jesteście bardzo silne jak na kobiety gangsterów – Harry parsknął śmiechem, lecz mi jego humor się nie udzielał.
- Czyli to koniec? – spytałam, drżącym głosem. – Nie kochasz mnie?
- Nie, nie… Bardzo Cię kocham, całym swoim pieprzonym sercem. Ono… - Harry przyłożył moją dłoń do swojej piersi. Poczułam pod nią mocny puls serca. – Bije dla Ciebie i nikogo innego. Jesteś całym moim życiem, Dexie. Obiecuję Ci, że znajdę Cię i nic już nas wtedy nie rozdzieli. Nic.
- Proszę Cię… Nie pozwólcie nam odejść… Jja… nie chcę tego… - wyszlochałam, w końcu zalewając się łzami. Harry automatycznie przytulił mnie do siebie mocno i uspokajał głaskaniem po włosach. – Nie chcę…
- Też tego nie chcemy… Życie nas do tego zmusza… Ale powiem Ci jedno – Harry podniósł mój podbródek, przez co spojrzałam mu w oczy. – Jesteś najlepszą rzeczą w życiu jaka mnie do tej pory spotkała, Bermont. Kiedyś jeszcze los pozwoli nam być razem, a ty urodzisz mi piękną córeczkę lub synka, tak samo idealną jak ty – uśmiechnęłam się szeroko, chichocząc i jednocześnie płacząc. Niemal od razu przed oczami stanął mi obraz samej siebie, Harrego i naszego dziecka. Byliśmy szczęśliwą rodziną. To miała być nasza przyszłość : kochać się na zabój, bez żadnych przeszkód. – Będę za Tobą strasznie tęsknić, kochanie… Każdy dzień bez Ciebie będzie dla mnie ogromnym cierpieniem… Ale i nas spotka szczęśliwe zakończenie, lecz.. nie będę mógł Cię mieć u boku, nie będę mógł Cię pocałować, uprawiać z Tobą miłości… Jak ja bez Ciebie wytrzymam kobieto?
- To nie każ mi odchodzić. Po prostu nie rób tego… Wyjedźmy gdzieś i bądźmy szczęśliwi…
- To nie jest takie proste… Zbyt wiele się Tobie stało, odkąd mnie poznałaś… Mam wrażenie, że mój pierdolony pech przeszedł na Ciebie…
- To nie jest prawda, Harry…
- Ależ tak, Dexie i nawet nie zaprzeczaj – burknął, lekko podenerwowany. – To jest wszystko moja wina… Narażałem Cię zbyt wiele razy na śmierć i po raz kolejny tego nie zrobię… Nie mogę…
- Zrobię wszystko, Harry, ale proszę : nie każ mi od siebie odchodzić… to zniszczy nas oboje i dobrze o tym wiesz…
- Dexie… - Harry pokręcił głową, a na jego twarzy widziałam spływające łzy. – Zdania nie zmienię. Będzie Ci lepiej póki co beze mnie i bez chodzącego za mną ciągłego pecha nieszczęśnika…
- Naprawdę tego chcesz? – spojrzałam na niego z nadzieją, że usłyszę inną odpowiedź, niż tą, która była jasna jak słońce. – Naprawdę chcesz mnie opuścić?
- Tak… - Harry westchnął głęboko, a z pomiędzy jego warg ulotnił się szloch. – Tak, właśnie tego chcę.
- Zrobisz dla mnie jeszcze jedną rzecz, nim się… rozstaniemy? – te słowo było dla mnie najtrudniej wymówionym słowem, jakie wyszło kiedykolwiek z moich ust. Harry… nie miał być już mój… To było dla mnie nierealne i niemożliwe… Nie będę mogła do dotknąć, pocałować, ani krzyczeć gdy coś zepsuje, a potem śmiać się z tego do rozpuku.
- Dla Ciebie wszystko, moja słodka – mruknął, odgarniając moje kosmyki włosów, które okalały moją twarz.
- Pocałuj mnie tak namiętnie, jak nigdy tego nie robiłeś… Potrzebuję tego – odparłam pewnie, zaciskając swoje dłonie na jego granatowym T-Shirtcie i przybliżając się do jego rozpalonego ciała. – Kochaj mnie, Harry… Kochaj mnie ten ostatni raz… – przygryzłam swoją dolną wargę i stanęłam na palcach, aby złożyć na jego ustach krótki i czuły pocałunek. Harry przez chwilę stał jak kołek, pełen powagi, lecz potem… zamienił się w maszynę, kipiącą seksem i pożądaniem. Jego usta uchwyciły moje w długim, gorącym całusie, który miał nie mieć końca, a ręce pieściły każdy skrawek mojego ciała z niesłychaną delikatnością.
- Boże… Dziewczyno, jak ja Cię kocham… - wysapał Harry między pocałunkami, biorąc mnie na ręce i powoli przenieśliśmy się do naszego pokoju. Harry z kopniaka otworzył drzwi i tym samym sposobem je zamknął. Następnie ponownie mnie całując w usta, chłopak i ja położyliśmy się na łóżku, warstwowo pozbywając się swoich ubrań. Ja miałam na sobie tylko letnią sukienkę, więc nie było tego zbyt dużo. Harry znalazłszy się nade mną, zdarł brutalnie ze mnie sukienkę i rzucił ją z dala od nas. Jego oczy wręcz gwałciły moje ciało, które pragnęło ostatni raz jego dotyku. Oplotłam nogami jego tułów i rękoma zwinnie zdjęłam z niego koszulkę. Niemal natychmiast zajęłam się głaskaniem umięśnionego torsu mojego chłopaka, a on pieścił mnie ustami i rękoma w sposób, w jaki najbardziej uwielbiałam. Swoimi palcami, chłopak rozpiął mój stanik, po czym zaczął składać pocałunki na piersiach, szczypiąc zębami twarde sutki. Mój oddech niejednoznacznie przyśpieszył, a z ust wyrwał się cichy, niepowstrzymany jęk. – Podoba Ci się? Podoba Ci się, jak Cię tak pieszczę?
- Harry, proszę… - wtuliłam twarz w jego szyję i całowałam ją tak, jakby zależało od tego życie. Harry zadrżał głęboko, po czym warknął jak dzikie zwierzę i po mojej dolnej bieliźnie nie było nawet śladu. Jego dłoń natychmiast złączyła się z moją kobiecą sferą. Zachłysnęłam się powietrzem, zaciskając swoje dłonie na białej pościeli. To był znak dla Harrego do dalszych działach. Harry bawił się moją łechtaczką, podniecając ją i doprowadzając do przepaści. – Harry… Chryste, wejdź we mnie…
- Wedle rozkazu, moja księżniczko – uśmiechnęłam się szeroko i nawet się nie wahając, odpięłam guziki od spodni Harrego i zsunęłam je wraz z bokserkami. Widok członka Harrego spowodował u mnie nie mały rumieniec na twarzy. – Uroczo się rumienisz… Kocham je… Jak i całą Ciebie… Jesteś niesamowita… - Harry chcąc już sięgnąć do szuflady po zabezpieczenie, nie wiem dlaczego, powstrzymałam go. – Chcesz bez…? – pokiwałam głową. Jego oczy rozbłysły. – Kocham Cię, dziewczyno, wiesz?

W odpowiedzi znalazłam się nad nim i bez zapowiedzi dosiadłam go, wypełniając nim siebie za pierwszym razem. Głośno jęknęłam, chwytając jego duże dłonie i położyłam je na swoich piersiach, które niemal od razu zaczął ugniatać, a ja swoimi biodrami się na nim poruszać we własnym rytmie, ocierając się jego penisem o swój kłębek nerwów.
- O Chryste Panie… - wysapałam, otwierając szeroko buzię, czując powoli zbliżające się znane mi niesamowite doznanie.
- Tak… Wykorzystaj mnie dla swojej przyjemności… Rób ze mną to co chcesz – odparł zduszonym głosem Harry, mocniej ściskając mój biust.
- Od kiedy to pozwalasz mi nad sobą dominować? – spytałam, piskając na końcu zdania, gdy nabiłam się na swoje czułe miejsce.
- Kto bogatemu zabroni żyć w luksusie? – wymieniliśmy szerokie uśmiechy, a ja poczułam znajomych ścisk w dole brzucha i pulsowanie męskości chłopaka. Z trudem poruszałam biodrami i w pewnym momencie Harry nie wychodząc ze mnie, z powrotem znalazł się nade mną i brał mnie mocno i szybko, przez co doszłam z krzykiem i ogromną przyjemnością. Wygięłam się w łuk i chwilę później Harry szczytował we mnie. Oddychaliśmy bardzo głośno, nasze ciała pokrywał pot, a oczy tryskały upragnionym finałem.

A to wszystko wydarzyło się ostatni raz.


***

- Wszystko wzięłyście? – zapytał nas Niall, przed tym, jak zasiadł za kierownicą swojego auta. Chłopacy nie wyszli z nami na podjazd, zostali w domu, aby nas… po prostu nie widzieć, powiem to tak. Cała czwórka obserwowała nas z dużego okna na piętrze z założonymi rękoma. Żadna dziewczyn, prócz mnie, nie spojrzała w ich stronę. Nie tylko ja czułam się zraniona tym, że mamy odejść od naszych ukochanych mężczyzn.


Pokiwałyśmy głowami, odpowiadając na pytanie Niall’a, po czym ten kazał nam wsiądź do auta. Perrie, Sophia i El siadły na tyłach, wbijając swój wzrok w podłogę auta, a ja usiadłam obok Niall’a i wyjrzałam przez okno, patrząc czy Harry nadal stał tam, gdzie stał kilka sekund wcześniej. Był tam, lecz sam. Jego mina pełna bólu rozrywała mi serce w drobny mak. Nim Niall odpalił silnik, powiedziałam do niego bezgłośnie „ Kocham Cię „, na co on się ponuro uśmiechnął i odpowiedział „ Ja też „, a Niall ruszył, zostawiając połowę mnie u boku Harrego, który zawładnął moim sercem. Los odebrał mi najważniejszą osobę w moim życiu… 

Harrego.








************************************

Więc... to był ostatni rozdział... nie happy end'owe zakończenie i pewnie za to mnie zabijecie :D Przepraszam! :( Nie chciałam! :(


Dziękuję za aż 34 komentarze! Jeezu, jestem z was taka dumna! :D :* Kocham was! 

Kochani, czeka nas jeszcze tylko epilog! Jeśli pod rozdziałem tym będę miała... 28 komentarzy, na sto procent jutro go wstawię, iż nie idę do szkoły! Liczę na was! No i wchodźcie oprócz tego na :



Mam nadzieję, że na nie również wejdziecie i będziecie mocno komentować! Liczę na was! <3

28 komentarzy
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3

Komentujcie <3

Hazza__69

wtorek, 24 czerwca 2014

Murder Buisness - 22. " Happy Ending... And However He Can No? "

Bałam się każdego nowego dnia. Nie wiedziałam, czego miałam się spodziewać, co tym razem zrobi mi Blaise i na co mam być przygotowana.

Chciałam aby to się w końcu skończyło. Chciałam by Harry mnie w końcu zabrał z tego okropnego miejsca i zamknął w swoich ramionach. Lecz z każdą następną minutą tego cierpienia bałam się, że Harry się nie zjawi, ani żaden z chłopaków.

- Dexie? - usłyszałam czyiś głos któregoś ranka. Nie wiedziałam jaki był wtedy dzień, wszystko co tu się działo, odbierało mi rachubę czasu. Otępiała odwróciłam się twarzą do kogoś na łóżku, na którym leżałam i zauważyłam jakiegoś chłopaka. Z początku nie rozpoznałam kto to, gdyż miałam mocno załzawione oczy i obraz był rozmyty. Przetarłam oczy i usiadłam.
Widok tej osoby kompletnie mnie zaskoczył, oczywiście w pozytywnym sensie.
- Harry! O Mój Boże! – poderwałam się z łóżka i rzuciłam się w jego ramiona. – Harry, ty jesteś!
- Jestem, jestem – odparł poważnie, przyciskając mnie do siebie. Wtedy poczułam jak bardzo tęskniłam za chłopakiem, za jego zapachem, który mnie uspokajał, za jego lokami, które kochałam tarmosić…
- Co ten Ci skurwiel zrobił, Dexie? – Harry spojrzał na mnie z lekkim gniewem, kładąc dłonie na ramionach. Nie odpowiedziałam mu. – Co. On. Ci. Zrobił? – wysyczał, wbijając palce w moją skórę.
- Harry, to boli – jęknęłam, próbując się mu wyrwać. Harry automatycznie rozluźnił uścisk, lecz mnie nie puścił.
- Czy on Cię dotknął w sposób, którego ty nie chciałaś? – zapytał, a jego oczy kipiały złością. Ledwo zauważalnie kiwnęłam głową i rozpłakałam się, przypominając sobie tamtą chwilę i ten ból. Harry z powrotem mnie do siebie przyciągnął, uspokajając. – Przepraszam Cię, Dexie. To moja wina, nie powinienem na to pozwolić.
- To nie jest Twoja…
- Nie mów mi, że to nie moja wina, jak to jest moja wina – powiedział, przerywając mi i warcząc.
- Proszę, nie bądź zły – szepnęłam, spuszczając wzrok na swoje ręce.
- Cii… nie jestem na Ciebie zły – Harry podniósł mój podbródek, po czym dodał z lekkim uśmiechem. – Nie mógłbym.
- Jak się tu dostałeś? – spytałam go.
- Z chłopakami załatwiliśmy kilku gości na dole przy wejściu. Musimy się streszczać, nim wróci Blaise.
- Dziewczyny są już bezpieczne?
- Tak, są już za pewno w aucie, czekają tylko na nas.
- A jeśli on nas znajdzie? – zadrżałam na samą tą myśl.
- To nie jest czas na takie przemyślenia, kochanie, musimy spierdalać – Harry zdjął z siebie kurtkę, założył ją na mnie ( za marginesem, gdyż byłam tylko w staniku i w starych, wytartych leginsach, które dał mi Blaise ), po czym wziął mnie na ręce, wyjął nabitą broń i wyszliśmy z pokoju Blaise’a, uciekając przed wszystkimi. Harry biegł ze mną między piętrami, oglądając się dokładnie, czy nikt nas przypadkiem nie zaskoczy i nie strzeli kulkę w łeb. – Już zaraz będziesz wolna, on Ci nic nie zrobi…

Wierzyłam w to, bo Harry ze mną był i chronił. Schowałam twarz w jego koszulce i próbowałam cała nie trząść się ze strachu.

Bez żadnych przeszkód wydostaliśmy się z meliny Blaise’a, a na zewnątrz czekał na nas Zayn z Niallem.

- Zanieście ją do auta, muszę jeszcze wrócić do środka – Harry podał mnie Niallowi, ale ja dopiero dotarło do mnie, co powiedział.
- Co? Nie, Harry nie zostawiaj mnie! – krzyknęłam cicho, próbując się wyrwać blondynowi, ale ten mocno trzymał mnie w uścisku.
- Cii, spokojnie… - Harry podszedł do mnie i objął moją twarz w swoje dłonie. Jego czuły wzrok trochę mnie uspokajał. – Zaraz do Ciebie wrócę, obiecuję.
- Harry…
- Niall idź do auta – powiedział do chłopaka, który ruszył w kierunku pojazdu. Oczywiście, protestowałam, ale Niall twardo szedł, aż w końcu wpakował mnie na tylne siedzenia ich samochodu, gdzie były dziewczyny. Cholera, wyglądały okropnie. Nie widziałam siebie, ale podejrzewałam, że byłam ich odbiciem lustrzanym.
- Dexie, ty żyjesz – wszystkie trzy mnie przytuliły, a ja to odwzajemniłam. – Jak się czujesz?
- Beznadziejnie – przyznałam bez ogródek.
- Blaise mówił nam, że on… Cię powiesił, Dexie. Myślałyśmy, że nie żyjesz! – pisnęła Perrie, niedowierzając, że mnie widzi. Nie zdziwiło mnie to, co powiedziała. Blaise dobrze manipulował ludźmi i każdemu wcisnąłby kit.
- Ja też myślałam, że się was pozbył… Nie widziałam was od kilku dni – odparłam cicho.
- Zamknął nas w schowku za domem i gdy coś chcieli… zabierali nas dopiero wtedy – mruknęła ciężko. – Czy Blaise Cię… - pokiwałam głową. – Skurwiel, zasrany skurwiel!
- Perrie, uspokój się… już nie cofniemy czasu.
- Ale… on nas wszystkie gwałcił… po kolei – powiedziała, łkając. – Jeśli chłopacy go nie załatwią, ja go kurwa znajdę i wykastruję, gdy będzie spał, chuj jeden!
- Cii… spokojnie – przytuliłam Perrie, a ta wybuchła płaczem.
- Będzie dobrze, Perrie. Już jesteśmy wolne – szepnęłam do niej, głaszcząc jej plecy dłonią. W tym czasie zdyszany Harry wpadł do auta i ruszyliśmy z piskiem opon.

Kilka minut później do moich uszu dobiegł głośny wybuch…

***
~ Harry’s P.O.V ~

- Brian, jak bardzo źle z nią jest? – zapytałem mężczyznę, który jest naszym prywatnym lekarzem. Lubiłem gościa, bo był wyluzowany i od samego początku nam pomagał. Owszem, jako człowiek po pięćdziesiątce nie pochwalał tego, co robiliśmy z chłopakami, ale to przełknął i służył nam pomocą od założenia gangu.
- Szczerze, to nie jest tak źle, jak przypuszczałem. Owszem ma kilka ran, w które wdało się zakażenie, no i ten gwałt, którego najbardziej się obawiałem.
- Czy ten skurwiel ją zapłodnił? – zapytałem, warcząc.
- Nie, na szczęście. Gdy ją badałem trochę bolał ją brzuch, ale to normalne po gwałcie. Leki dla Dexie leżą w waszej kuchni, które musisz jej dawać, no i musisz się nią opiekować. Sam widziałeś, że gdy chciałem ją zbadać, to bała się mojego dotyku – mówił do mnie szeptem Brian, pakując się do swojej torby. – No i wszystkie dziewczyny są lekko wygłodzone i odwodnione, Perrie i Dexie najbardziej, a Perrie musi porozmawiać poważnie albo z Zayn’em, albo z psychologiem.
- Takie rozmowy już nie ze mną, stary. Dziękuję Ci, że tu przyszedłeś – uścisnąłem jego dłoń.
- Zawsze byłem do waszej dyspozycji, przyjacielu. Jakby coś działo się z którąś z dziewczyn, dzwońcie natychmiast.
- Zawsze to robimy, Brian. Jeszcze raz dziękuję.
- Nie ma sprawy – Brian zabrał swoje rzeczy i wyszedł z pokoju, zostawiając mnie i Dexie samych. Spojrzałem na dziewczynę, która w ciszy mnie obserwowała.
- Co tam, piękna? – spytałem ją, siadając obok niej na łóżku i wziąłem na za rękę. Dexie popatrzyła na nie i mocniej ścisnęła moja dłoń, jakby się czegoś bała. – Hej, jest już wszystko dobrze, nic Ci nie grozi, wiesz o tym, skarbie.
- Wiem, ale… ciągle widzę jego przed swoimi oczami, Harry… Czy to jest normalne? – rzekła z powagą. Zacisnąłem usta w wąską linię, nie wiedząc co jej odpowiedzieć. – Harry?
- Tak?
- Moglibyśmy wyjść z domu? Mam dość w nim przebywania – odparła, rozładowując ponurą atmosferę swoim lekkim uśmiechem.
- A gdzie księżniczka chciałaby wyjść?
- Wszędzie, tylko abyśmy byli sami – zauważyłem w jej oczach nutkę radości. Tego właśnie w niej mi brakowało.
- W porządku. Nawet znam jedno ładne miejsce.

***
- Pięknie tu… nie wiedziałam, że bywasz w takich miejscach, twardzielu – odparła Dexie, oglądając z uśmiechem panoramę miasta z klifu.
- Byłem tu, kiedy Cię nie było myśląc jak odbić Cię temu skurwielowi – powiedziałem szczerze.
- Naprawdę? – spytała, patrząc na mnie czule.
- Tak… W końcu jesteś najważniejszą kobietą w moim życiu, nie mogłem mu Cię oddać, bo jesteś moja – rzekłem, przyciągając ją do siebie. Spodziewałem się wszystkiego : że mnie odepchnie, opluje, pobije, uderzy… Lecz ona mnie pocałowała : krótko i słodko, używając przy tym swojego języka. Uśmiechnąłem się delikatnie i objąłem ją ściślej, by się ode mnie nie oddaliła. – Hm… Tęskniłem za tym… Za tymi Twoimi pięknymi ustami.
- Ja też, Harry… Nie było dla, abym tam nie myślała o Tobie… Trzymałeś mnie przy życiu – te słowa… były najpiękniejsze jakie kiedykolwiek usłyszałem od niej. Byłem powodem, dla którego żyła… to było niesamowite uczucie, ale jednocześnie coś w środku mówiło mi „ nie „.
Lecz nie zdążyłem o tym pomyśleć odrobinę głębiej, bo Dexie ponowiła pocałunek, chwytając moje loki w swoje palce. Podniosłem dziewczynę w talii, a jej kremowe uda od razu owinęły się wokół mojego tułowia. Chwiejnie podszedłem do auta i położyłem Dexie na masce pojazdu i tym razem to ja zaatakowałem jej wargi z taką siłą, że z głębi gardła Dexie wyrwał się cichy jęk rozkoszy. Dłońmi lekko masowałem jej boki, by nie przeholować. Nie wiedziałem, co dokładnie zrobił jej Blaise, nie chciałem przegiąć.
- Kocham Cię… - powiedziała w moje usta, gryząc ich dolną wargę po tym, jak ścisnąłem jej piersi.
Tak… Też ją kochałem. Kochałem z całego pieprzonego serca i chciałem by była bezpieczna. A przy mnie nie była. Jej życie przy mnie było zagrożone. Jeden mój głupi błąd i była w szponach Blaise’a, który skrzywdził ją tak samo, jak moją ukochaną siostrę… Musiałem ochronić Dexie przed takim życiem, w którym ja się znajdowałem wraz z chłopakami. To również się tyczyło pozostałych dziewczyn. Żadna z nich nie była przy nas bezpieczna, taka była prawda. Nie mogliśmy czekać, aż coś im się stanie. Nie wspominając o tym, że Blaise nadal był na wolności.
Przynajmniej tak myślałem, dopóki nie dostałem telefonu od Zayn’a, gdy wracaliśmy z Dexie po godzinnych czułościach do domu.

- Blaise nie żyje, stary – powiedział z lekką nutą radości w głosie, a mnie i Dexie zatkało.
- Jak? Kto go załatwił? – zapytałem ze zdziwieniem.
- Nasi ludzie znaleźli go na głównej drodze w stronę domu, gdzie trzymali dziewczyny. Wisiał na drzewie bez oczu i narządów, Styles. Można to nazwać wypatroszeniem – spojrzałem kątem oka na Dexie, po usłyszeniu tej nowiny. Jej mina nic mi nie mówiła, nie okazywała żadnych uczuć.
No tak, po tym co mi by zrobił Blaise też bym miał go głęboko w dupie.
- Więc, akcja zakończona Panowie. Blaise nie żyje i każdy musi o tym wiedzieć, ale na wszelki wypadek niech też sprawdzą jeszcze tę melinę, którą wysadziłem.
- Nie ma sprawy. Na razie  - i Zaza się rozłączył.
- Harry, ty wysadziłeś posiadłość Blaise’a? – zapytała Dexie, patrząc na mnie szerokimi oczami.
- Myślałaś, że tak temu skurwielowi odpuszczę za to, co Ci zrobił i dziewczynom? Szkoda, że chuja ktoś sprzątną przede mną, bo chętnie pokazałbym mu, gdzie kurwa raki zimują…
- Harry, przestań – jęknęła dziewczyna słabo. Zatrzymałem auto i spojrzałem na nią. – Nie lubię… gdy jesteś zły…
- Dexie, skarbie… - chwyciłem jej twarz w swoje obie dłonie. – Na Ciebie nie jestem zły. Jestem wkurwiony na Blaise’a.
- On już nie żyje, Harry. Zapomnijmy o tym i żyjmy dalej.

Gdyby to było takie proste w realu…

***
- Panowie… Nie możemy dłużej pozwolić dziewczynom zostać z nami – powiedziałem, gdy późnym wieczorem dziewczyny już spały, a ja z chłopakami zebraliśmy się w salonie.
- O czym ty pierdolisz? – spytał mnie Zayn, będąc już lekko śpiący.
- Widzieliście co się stało przez nasz jeden głupi błąd – odparłem wstając z fotela i stanąłem przed nimi. – Powinniśmy pozwolić im odejść. Przy nas stanie się im krzywda.
- Ale gdy będą same, nie będą w stanie się obronić, pomyślałeś o tym Harry? – rzekł Louis, patrząc na mnie z oburzeniem.
- To schronimy je w takim miejscu, gdzie nikt ich nie znajdzie.
- I myślisz, że to wypali? Zrobiłbym wszystko, aby moja Eleanor była bezpieczna, ale to jest Twój najgłupszy pomysł.
- To samo mówiłeś o tym, abym pozbył się Dexie, stary – spojrzałem na niego śmiertelnie poważnym wzrokiem.
- To była zupełnie inna sprawa, Harry. Poza tym, to ty chciałeś się jej pozbyć na samym początku, nie wpierdalaj mnie w to – syknął.
- Ej, spokojnie – odezwał się Niall, uspokajająco. – Według mnie, Harry stuprocentową rację. Powinniśmy je od nas odizolować i pozwolić żyć normalnie, tak jak dawniej.
- Myślisz, że się na to zgodzą? – spytał tym razem Liam, mając minę taką, jakby nad czymś intensywnie rozważał.
- Nie mają innego wyboru, to nasza wspólna decyzja – mruknąłem, czując w sobie nieprzyjemne uczucie. – Wszyscy się ze mną zgadzacie?
- Bezpieczeństwo Perrie jest dla mnie najważniejsze, zrobię wszystko aby nic jej się nie stało – stwierdził z przekonaniem Zayn, lecz wyglądał na smutnego. Za pewne każdy z nas miał taką samą minę jak on. – Ale czy na pewno tego chcemy, Harry?
- My nie możemy tego chcieć, to jest wbrew nas, stary. One muszą żyć bez nas, tylko tak będzie im dobrze.
- Tylko… jak im to powiedzieć?

No właśnie. To był pierwszy i jedyny problem.






***************************

To był przedostatni rozdział Murder Buisness! :D Zaskoczeni nagłym obrotem akcji?! 

Kochani, krótka notka do was!

Co raz bliże zbliżamy się końca MB! Jeśli dzisiaj będzie limit rozdziałów, jutro wstawię ostatni rozdział opowiadania, a następnego dnia Epilog, ale o tym wspomnę w następnym rozdziale :D



23 komentarze
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3

Komentujcie <3

Hazza__69








poniedziałek, 23 czerwca 2014

Marry The Night - rozdział 6.

czytasz = komentujesz

Rozdz. 6.

Była godzina 23 i spora część ludzi była już nieźle wystawiona. Pół godziny temu ''zgubiłem'' Susanne, ale nie martwiłem się tym, przecież to tylko 30 minut, poza tym do tej pory wypiła tylko dwa piwa.
- Zaza, gdzie młoda? - oparł się o mnie Harry.
- Nie wiem, chwilę temu ją jeszcze widziałem... - skłamałem lekko.
- Ja też. Nie uwierzysz u czyjego boku? Jackoba - zaśmiał się lokaty, jednak to imię sprawiło, że poczułem impuls, by szybko znaleźć moją podopieczną.
- Jakoś mnie to nie śmieszy, lepiej pójdę po nią. Pamiętasz, gdzie byli?
- Przy bramie wyjazdowej - powiedział Styles, a ja od razu ruszyłem we wskazane miejsce.

*oczami Susanne*
- Dlaczego się wcześniej nie poznaliśmy? Hmmm - szepnęłam na ucho blondynowi, który trzymał mnie za biodra.
- Twoja obstawa by mi na to nie pozwoliła - zaśmiał się. - Tak patrzę i przyznam, że dobra z ciebie dupa, maleńka - Jackob, bo tak się nazywał mój nowy znajomy, z którym wypiłam pięć kieliszków wódki, przybliżył się do mnie. - Ładne masz usta, takie hmm... malinowe - przejechał opuszkami palców po moich wargach.
- A wiesz co, świetnie się czuję po tych paru kieliszkach, miałeś rację. Czuję swobodę, tego mi było trzeba - zawiesiłam swoje dłonie na jego karku, a on zetknął nasze czoła.
- Ja też się świetnie czuję, to zawsze działa. A chcesz się poczuć bardziej wolna? Co byś powiedziała na... - w tym momencie przerwał sam sobie, muskając moje usta, jednak ja pocałunku nie oddałam. - To co byś powiedziała na coś więcej,hmm? Jesteś taka pociągająca - chłopak zacisnął dłoń na moim pośladku.
- Nie sądzę, abyś był w stanie mi dogodzi... 
- Jak się bawi księżniczka? - przerwał mi szybko Zayn, odpychając ode mnie blondyna.-  Widzę, że bardzo dobrze. Jackob, a ty co o tym myślisz? Nie za dobrze jak na dziewczynę po dwóch piwach? Gadaj, co jej dałeś - powiedział dobitnie.
- Jestem czysty, wyluzuj. Wypiliśmy tylko pare kieliszków.  Nie tknąłbym jej - chłopak uniósł ręce w geście obronnym.

*oczami Zayn'a *
- Nie tknąłbyś jej, mówisz. Ciekawe kto tu jej coś sugerował? Jeśli się dowiem, że coś dosypałeś, to już po tobie. Rozumiesz, gnojku? - nerwy zaczęły mnie nosić, w wyniku czego  złapałem drugoklasistę mocno za koszulkę.
- Zayn, spokojnie. Wyluzuuj - usłyszałem głos Sus i poczułem jak klepnęła mnie w tyłek. Ona nie była sobą.
- Masz jej nie dotykać, nie zbliżać się. Zrozum, NIGDY WIĘCEJ - uderzyłem go z pięści w twarz, dosyć lekko, bo chciałem go tylko nastraszyć, po czym od razu wziąłem młodą na ręce i udałem się z nią w stronę drzwi wejściowych domu,a następnie w stronę jej pokoju. Dziewczyna tylko ciągle się śmiała i mówiła dość niezrozumiałe rzeczy.
- Sus, uspokój się już - powiedziałem lekko rozbawiony, kładąc ją w jej łóżku.
- Ściągnij mi buty, proszę - mamrotała.
- Okej - wywróciłem oczami i spełniłem jej prośbę.
- A teraz ... - zaczęła się cicho śmiać.
- Nie, Sus, wystarczy - również się zaśmiałem. Chciałem wyjść z jej pokoju, więc podniosłem się z łóżka. Dziewczyna mnie mocno pociągnęła i upadłem na nie z powrotem.
- Zostań ze mną - dziewczyna usiadła na mnie okrakiem. - Musisz się mną opiekować - zaczęła się śmiać. - Boli mnie trochę brzuch - brunetka wtuliła głowę w moją szyję, co nie powiem, podobało mi się.
- Wiesz co? Zostawiłem cię bez opieki na pół godziny, a ty zdążyłaś się nawalić. W dodatku bardzo możliwe, że Jackob ci czegoś dosypał, więc lepiej już kładź się spać, zanim... - mówiłem, patrząc w jej oczy, jednak ona mi przerwała, wpijając się w moje wargi. Skubana, dobrze całowała. Odwzajemniałem to. Susanne zaczęła delikatnie poruszać biodrami , co sprawiło, że mój przyjaciel zaczął boleśnie dawać o sobie znać, stając się twardy.
- Przyznaj, że ci się podoba - mruknęła mi w usta, w trakcie czego moje ręce powędrowały na jej pośladki.
- Mhm - również mruknąłem, zaciskając dłonie na jej jędrnej pupci.
- Wiesz, że jestem jedyną dziewicą z mojej klasy gimnazjalnej? - zaśmiała się zdejmując swój gorset.
'' Malik, no tak, przecież to porządna dziewczyna, która tylko się nawaliła, w dodatku tak by się nie stało, gdybym jej dopilnował, a obiecałem Liam'owi, że się nią zajmę, więc nie mogę jej teraz wykorzystać '' - pomyślałem w porę. Brunetka siedziała na mnie już bez bluzki, więc erekcja wciąż rosła.
- Sus, musimy przestać - zaśmiałem się, bo sam nie spodziewałbym się po sobie, że chciałbym przestać.

- Em, zdaje ci się - dziewczyna musnęła moją skroń swoimi miękkimi wargami.
- Stop, mała - powiedziałem, zdejmując ją z siebie i kładąc na poduszce. - Teraz księżniczka musi iść spać... - skwitowałem, wychodząc z pokoju i zamykając za sobą drzwi.
  Poszedłem do swojej sypialni i położyłem się na łóżku, wyciągając telefon z kieszeni. Dostałem sms'a od Liam'a, więc gdy tylko go odczytałem, od razu mu odpisałem, oczywiście nie mówiąc prawdy i tak jeszcze chwilę smsowaliśmy.


Wstałem z łóżka i udałem się do łazienki. Gdy przechodziłem korytarzem, zauważyłem, że pokój Sus był otwarty. Lekko się wkurzyłem, bo pomyślałem, że mi zwiała. Dla pewności zajrzałem do tego pomieszczenia, jednak tak jak się spodziewałem - nie było jej tam.
- Sus, cholera jasna - burknąłem.
Poszedłem do łazienki,a otworzywszy drzwi ujrzałem postać bladej dziewczyny pochylającej się nad toaletą.
- Susanne?
- Yhym - powiedziała dziewczyna, trzymając się za brzuch.
- W porządku? - zapytałem, a ona w odpowiedzi pokręciła głową. - Tak to jest, jak się po pierwsze: przesadzi, a po drugie:  miesza piwo z wódką...
- Zamknij się i błagam pomóż mi... - mruczała.
- Grzeczniej, to się zastanowię...
- Mam cię obrzygać, czy wyjdziesz z tej pieprzonej łazienki?! - krzyknęła brunetka, po czym puściła pawia. Na szczęście w porę się odwróciłem, a następnie wyszedłem z łazienki, przymykając za sobą drzwi, o które się po chwili oparłem.
- Zayn! - usłyszałem krzyk Louis'a.
- Co?! - ruszyłem w stronę schodów.
- Co z nią? Słyszałem, że się narąbała, żyje? - zaśmiał się.
- No narąbała i to chyba bardzo, skoro się ze mną całowała.

- No to rzeczywiście musiała być wystawiona - roześmiał się Lou. 
- A teraz księżniczka dostaje skrętu kiszek i rzyga w łazience. W końcu pierwszy raz piła, a w dodatku piwo i wódkę... Ale to nic. Zresztą widzę, że ty też trzeźwy nie jesteś,więc pogadamy jutro. A teraz idę sprawdzić czy pani pierdolencja żyje - prychnąłem i odszedłem w stronę drzwi łazienki.
- Okej - powiedział krótko i zbiegł ze schodów.
Byłem zły na Susanne, jednak po chwili odpuściłem, bo miałem świadomość, że nie wiedziała, ile może wypić. Stanąłem w progu łazienki, dziewczyna spuściła wodę w ubikacji, po czym podniosła się i wypłukała buzię wodą z kranu. Przemyła twarz zimną wodą, rozmazując tym samym swój makijaż.
- Zayn... - a więc mnie widziała.
- Hm? - skrzyżowałem ręce.
- Przepraszam za wszystko. Powinieneś się bawić z resztą a nie niańczyć pustą nastolatkę... - zaczęła mówić, patrząc w swoje odbicie w lustrze wiszącym nad zlewem.
- Przestań - zaśmiałem się. - Już się lepiej czujesz?
- Trochę - spuściła głowę i ruszyła powoli w moim kierunku.
- Chcesz do pokoju?
Dziewczyna pokiwała twierdząco głową. Wtedy do niej podszedłem i złapałem ją delikatnie w pasie, Pomogłem brunetce przejść do jej pokoju i położyć się.
- Dziękuję - szepnęła, układając się na poduszce.
- Mogę już iść? - zapytałem, przykrywając ją kołdrą.
- Mógłbyś zostać? Przynajmniej przez chwilę, dopóki nie zasnę...
- No... dobrze - zdziwiłem się i usiadłem na dywanie, opierając się o łóżko plecami.
- Nie radzę tutaj... Wiesz, żebym ciebie nie zarzygała. Możesz się położyć po drugiej stronie na łóżku - zaśmiała się cicho, ja również.
Jak zaproponowała, tak uczyniłem.
- Dobranoc - ziewnęła i zamknęła oczy, zaciągając kołdrę pod samą szyję.
- Dobranoc.
Leżałem, czekając aż Sus zaśnie i sam, nie wiem, w którym momencie, zasnąłem.

_________________________________________________
mam nadzieję, że było ciekawie, bo się starałam ;3
Kocham Was :* dziękuję za komentarze pod ostatnim rozdziałem :***
proszę o szczere komentarze :D jeśli ktoś przeczyta, to niech skomentuje, zostawi po sobie jakiś ślad (nawet zwykła buźka mnie uszczęśliwia)   <3

Jeśli macie, jakieś pytania, zapraszam na mojego ask'a :
@love_sosa.

PS Przepraszam za wszelkie błędy językowe, ortograficzne, interpunkcyjne, literówki i inne.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Murder Buisness - 21. " Harry, I Love You, Help Me! "

- Będziesz jeszcze tak do mnie pyskować?! – huknął swoim głosem Blaise, bijąc mnie pasem po całym ciele.
Nie wiem, który to już dzień tam tak wisiałam… Ale ten ból był nie wyobrażalnie mocny i nie do zniesienia. Swoich pleców już nie czułam od dobrych kilku godzin, tym bardziej, że wisiałam przed nim bez górnej odzieży, nie licząc stanik oczywiście. Ludzie Blaise’a zabrali mnie do pokoju tortur i od tamtej pory nie wiedziałam, co się dzieje z dziewczynami… Prawdą było to, że bardziej bałam się o nie, niż o siebie samą… To było takie nie fair… Z mojego powodu cierpiały… One mogły mi tego nie wybaczyć, jak tylko miałyśmy się stąd wydostać, co pewnie nigdy miało się nie zdarzyć. Blaise i jego pracownicy nie opuszczali nas nawet na krok… Byli nawet przy tym, jak Blaise gwałcił Perrie… To się robiło chore i niemożliwe… To był jak zły sen, który miał swój piekielny ciąg w rzeczywistości.

I cholernie brakowało mi Harrego… Strasznie… Im dłużej tu przebywałam, traciłam jakąkolwiek nadzieję na to, że on mnie uratuje i zabierze od Blaise’a. Jego widok mnie przerażał, a bałam się tego, co on mógł jeszcze ze mną zrobić… Szczególnie po tym, co robił Perrie…

- Odpowiedz mi gdy do Ciebie mówię! – krzyknął i po raz kolejny cisnął paskiem po moich obolałych plecach. Załkałam głośno, napinając się przy tym mocno.
- Proszę, zzostaw mnie… - wychlipałam, ciężko oddychając.
- Będziesz się mnie teraz słuchała jak grzeczna dziewczynka? – Pokiwałam głową. – Świetnie – Blaise stanął przede mną i od razu zauważyłam na jego twarzy szeroki uśmiech. – Jak się Pani bawi w naszych skromnych progach?
- Wyśmienicie – powiedziałam z drwiną.
- Też tak myślałem – puścił mi oczko i rzucił swój pas na całkiem dobrze wyglądające łóżko, które z pewnością musiało być wygodne. Niemal chwilę później poczułam zmęczenie, które mnie ogarnęło. – Teraz aby Cię troszeczkę obudzić, bo widzę, że odlatujesz mi zbyt szybko, pobawimy się w inną zabawę… - Blaise podszedł do rozżarzonego do czerwoności kominka i wyjął z niego nagrzany metalowy drut z małym b, na samym końcu.
On chciał mnie oznaczyć… W bardzo niecodzienny sposób…
- Nie, nie… - pokręciłam nerwowo głową, szarpiąc się lekko na sznurach, by oddalić się od Blaise’a, co było głupim posunięciem.
- Miałaś. Być. Posłuszna – warknął, uderzając mnie z pięści w twarz. Przeklęłam pod nosem, czując jak ból wzdłuż szczęki rozchodzi się, pozostawiając po sobie nieprzyjemne mrowienie. Ucichłam i patrzyłam się tępo w jego stronę. – To teraz… - Blaise podniósł pręt odrobinę do góry i przyłożył go do mojego brzucha.

Mój głośny wrzask rozdarł głuchą ciszę panującą wokół nas.

***

W końcu mnie zostawił… Samą, leżącą na ziemi, całą we krwi i łzach cierpienia. To wszystko co mi robił… było okropne. Już jego gwałt bardziej pasowałby w tej sytuacji…
Ale on mnie męczył, i mu się to bardzo podobało. Chciał ode mnie uległości… Nie mogłam mu tego dać, bo byłabym stracona.

Zresztą, i tak już byłam.

- Zobacz Dexie… Jesteśmy już tutaj czwarty dzień, a Twojego kochasia nadal tu nie ma. Czy to nie wydaje Ci się dziwne? – zapytał mnie retorycznie Blaise, stawiając krzesło przede mną i siadł na nim z założonymi rękoma, a w dłoni miał kij bejsbolowy. – Znając Styles’a i jego słabość do kobiet, pewnie już jakąś posuwa w waszym łóżku.
- Przestań – syknęłam w jego stronę na co się zaśmiał.
- Niech prawda do Ciebie dotrze, dziewczyno. Jesteś tylko jego dziewczyną do bzykania, potem Cię porzuci. Lepiej byłoby Ci ze mną…
- Żarty sobie robisz? – spojrzałam na niego zdziwiona.
- Czy ja wyglądam na takiego, który żartuje? – pokręciłam głową. – No właśnie. Pasujemy do siebie… I Cię polubiłem, a rzadko którą darzę jakąś sympatią, bo cóż… Najczęściej je zabijam – Blaise uśmiechnął się szeroko. – Jesteś mega seksowna, gdy się złościsz.
- To chyba czas przestać – burknęłam pod nosem.
- Co?
- Nic – mruknęłam, raptem wpadając na genialny pomysł.
Jak mu się podobałam, to dlaczego miałabym tego nie wykorzystać?
- Będę mogła się… w końcu umyć? Lub zjeść? Umieram z głodu – odparłam spokojnym tonem, patrząc w jego stronę zalotnie.
- Skąd ta nagła zmiana nastroju, Dexie? – Blaise podniósł zagadkowo brwi do góry.
- Jeśli mam tu tkwić, to moglibyśmy się dogadać… Być mili i zachowywać się normalnie.
- Normalnie, mówisz… To nie w moim stylu.
- To czas się nauczyć – uśmiechnęłam się lekko, a na jego twarzy malował się znak zapytania. – Na początek, może byś zdjął mnie z tych lin i mogła coś zjeść swoimi rękoma, a nie karmiona jakimiś waszymi niedobrymi papkami?
- Nie jesteś pierwszą osobą, która na nie narzeka… Zresztą, sam ich nie lubię – Blaise wstał, odkładając kij na krzesło i podszedł do mnie. – Gdy Cię odwiążę, żadnych gier, zrozumiano?
- I tak byście mnie złapali, myślmy logicznie, tak?
- W rzeczy samej – Blaise uśmiechnął się ponownie i rozwiązał moje nogi, a następnie ręce, przez co wpadłam w jego ramiona. Blaise zwinnie mnie złapał i jego uśmiech się rozszerzył. – A mówiłem Ci, że jeszcze wpadniesz w moje ramiona – wywróciłam oczami i sama stanęłam na swoich obolałych nogach.
- Jak to miło znowu… chodzić – prychnęłam, rozprostowując się i ruszyłam ku drzwiom, gdzie przed samym ich otworzeniem, za rękę złapał mnie Blaise. Jego dłoń była szorstka i nieprzyjemna w dotyku.
- Bez żadnych akcji, rozumiemy się?
- Tak, chyba Ci to już powiedziałam… - westchnęłam rozdrażniona i w końcu wyszliśmy z pomieszczenia, którego nie opuszczałam całe cztery dni.

***

- Wyglądasz dużo… lepiej, Dexie – powiedział Blaise, gdy po całej godzinie siedzenia w łazience Blaise’a, doprowadziłam się do względnego porządku. Owszem, byłam w chuj posiniaczona, ale ogółem wyglądałam całkiem nieźle.
- I tak się też czuję – uśmiechnęłam się sztucznie i zabrałam się do jedzenia, które mi on przygotował. – Mam nadzieję, że to nie jest zatrute.
- Nie, od gotowania mamy kucharza, który robi najlepsze risotto jakie może być – Blaise uśmiechnął się szczerze. Naprawdę musiał chwycić mój haczyk, co było niewiarygodne. On i bycie miłym… nie codzienny widok. – Jedz, nim wystygnie – skonsumowanie tego przysmaku zajęło mi niecałe pięć minut, pochłonęłam wszystko. I było pyszne. – Widzę, że zbyt długo Cię głodziłem…
- Cztery dni bez jedzenia? Trudno by nie być spragnionym czegokolwiek.
- Pewnie tak…
- Blaise… - mężczyzna ponownie spojrzał na mnie. – Co wam takiego zrobił Joshua, że porwaliście akurat mnie?
- Wiedziałem, że czegoś chcesz – Blaise się gorzko zaśmiał. – No cóż, Joshua nie zna umiaru w tym co robi i chłopczyna się przeliczył.
- A co takiego robił?
- Byłaś z nim, a nie wiesz?
- Najwyraźniej dobrze się ukrywał.
- Joshua handlował. Był w tym naprawdę dobry, miał wielu klientów…
- Handlował narkotykami? – zapytałam zdziwiona.
- Taa, chciałabyś. Handlował kobietami – ta wiadomość zwaliła mnie z nóg. Czyli tak jakby… Joshua był alfonsem? – A ty miałabyś następna, bo… Cię kupiłem od niego.
- Kupiłeś? – powiedziałam pełna obrzydzenia. – Za ile?
- Za pięćdziesiąt patyków… Joshua miał rację, jesteś warta tej ceny.
- Boże, to jest obrzydliwe… Robi mi się niedobrze… - wykrzywiłam twarz w grymasie. – Co za perfidny chuj! Sprzedał mnie…
- Któregoś dnia miałaś przyłapać go na zdradzie z jakąś laską. Miałaś być zrozpaczona i nasz człowiek miał Cię porwać zapłakaną z pod jego domu.
- Więc, to wszystko było zaplanowane… On, wy… - spojrzałam na Blaise’a z mieszanymi uczuciami, wstając z podłogi i chodziłam w kółko, by się uspokoić. – Nie… Jesteście popierdoleni.
- Ale za to jacy przystojni – Blaise uśmiechnął się zawadiacko. – I przez to właśnie Joshua zginął. Nie oddał nam Cię i w dodatku straciliśmy naszego jednego człowieka. Nie mogłem mu tego odpuścić… - gdy chciałam powiedzieć już, kto jest odpowiedzialny za śmierć jego wspólnika, przymknęłam się w samą porę. – A potem zaczęły się dokładne poszukiwania Ciebie i Twoich ładnych koleżanek do kompletu, a Styles sam się jakoś napatoczył nam na drogę, w dodatku zatrudniając u siebie naszych ochroniarzy… Sam się wjebał w gówno po uszy.
- Boże, co ja robię w tym pojebanym świecie… Ja, nie mogę… - i nie wiem dlaczego, wybiegłam z pomieszczenia jak strzała, cała w nerwach. Słyszałam za sobą krzyki Blaise’a, lecz ja się nie zatrzymywałam i podążałam dalej. Nogi prowadziły mnie ku wyjściu, które bez trudu odnalazłam, a drzwi…

Były otwarte.

Z szerokimi oczami wydostałam się na zewnątrz, gdzie niemal oślepił mnie blask słońca. Zasłoniłam oczy swoją dłonią i kilka metrów przed sobą zauważyłam auto. Puste, z otwartymi drzwiami. Ruszyłam tam ile sił w nogach i nim dobiegłam już rzuciłam się na miejsce pasażera, mając nadzieję, że kluczyki były w stacyjce.

Myliłam się.

- Cholera! – krzyknęłam, i spojrzałam w stronę domu. Z daleka zauważyłam powoli zbliżającą się sylwetkę Blaise’a. Jak opętana zaczęłam szukać czegoś do obrony i znalazłam małego colta, który i tak ledwo mieścił się w mojej drobnej dłoni. Odszukałam też telefon. Drżącymi dłońmi odblokowałam klawiaturę i wybrałam numer Harrego i nacisnęłam zieloną słuchawkę, mając nadzieję, że nie zignoruje telefonu, jak to miał w zwyczaju.
- Halo? – usłyszałam głos zesłany mi z niebios.
- Harry, słuchaj mnie uważnie…
- Dexie! – wykrzyknął.
- Harry, nie mam dużo czasu, Blaise zaraz po mnie przyjdzie, proszę Cie, namierz ten telefon i uratuj mnie i dziewczyny. Proszę…
- Bermont! – usłyszałam głos Blaise’a, który przeszywał mnie na wskroś.
- Harry, kocham Cię, pomóż mi – i się rozłączyłam, rzucając telefon byle gdzie, mając nadzieję, że Blaise nie zauważył, że dzwoniłam do swojego chłopaka. Wybiegłam z auta drugimi drzwiami i przebiegłam może z dwa metry i Blaise mnie bez trudu dogonił.
- Co ja Ci kurwa mówiłem?! Bez żadnych numerów, szmato! – wrzasnął, kipiąc złością. Zadrżałam, patrząc na jego twarz. – Ja Ci zaufałem, a mi się tak odpłacasz?! Popamiętasz mnie, kobieto – Blaise wziął szamoczącą się mnie na swoje ręce i zaniósł z powrotem do posiadłości w której byliśmy. Wtedy pierwszy raz mogłam obejrzeć teren.
Byliśmy w cholernym zadupiu.
- Co tu z Tobą zrobić… - Blaise zaniósł mnie do swojej sypialni i rzucił na łóżko, na które szybko wszedł i znalazł się między moimi nogami. Spróbowałam go odepchnąć, lecz wszystko na marne. Byłam w dupie. – Zrobię to, co planowałem od samego początku i wykorzystam te Twoje piękne usteczka i jędrny tyłek.

I zrobił to.

Najgorszym momentem było to jak jego… był w moich ustach… to było obrzydliwe… Ale bolała mnie najbardziej moja kobiecość… Był tak brutalny, gwałtowny… Boże…

On mnie zgwałcił.

~ Harry’s P.O.V ~

Harry, kocham Cię, pomóż mi. 

To był dla mnie znak do działania. W końcu mogliśmy namierzyć tego skurwiela i znaleźć nasze dziewczyny, miejmy nadzieję, że w jednym kawałku. Moja mądra Dexie... Że sama wpadła na to, abyśmy ich namierzyli... Owszem, miała chłopaka gangstera, ale zabraniałem jej wtrącać się w sprawy gangu i w cokolwiek, co się tam działo. 
- Styles, mamy go! – zawołał Zayn, wchodząc do salonu, gdzie siedziałem przy kominku i popijałem piwo.
- W końcu – odparłem, wstając z fotela i poszedłem z Zaynem do pokoju, gdzie urzędowaliśmy od kilku dni.
- Są w północnej części Miami, na odludziu. Z łatwością je znajdziemy bo jest tam jeden jedyny opuszczony budynek.

- Mamy sukinsyna, mamy! – potarłem ręce w złowrogim geście i przygryzłem dolną wargę, patrząc na chłopaków. – Panowie, szykujemy wsparcie i broń. Za godzinę wyruszamy.






***************************
Witam, witam, witam! Jak wrażenia po rozdziale?! Akcja się rozkręca, bardzo rozkręca :D Im bliżej finał, tym bardziej emocjonująco! :D




21 komentarzy
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Nowy rozdział!! :* <3


Komentujcie <3


Hazza__69